90. urodziny Wiesława Siwka

Dokładnie 90 lat temu, 14 czerwca 1930 roku urodził się Wiesław Siwek. Jeden z najstarszych polonijnych weteranów: kibic meczów piłkarzy jeszcze przed wojną, koszykarz “Czarnych Koszul” od końca lat  40., z którymi zdobył wicemistrzostwo Polski w 1954 roku,
Jubilatowi życzymy wszystkiego najlepszego! Z tej okazji, zamieszczamy jego wspomnienia, które ukazały się w pamiątkowej księdze braci Andrzeja i Krzysztofa Matejów, wydanej na okoliczność 50. rocznicy mistrzostwa Polski koszykarzy:

Wiesław Siwek rocznik 1930

Zawodnik Polonii w latach 1947-1954

Wspomnienia z poprzedniego wieku…

Jest 21 listopada 2006r. Telefon: nazywam się Andrzej Mateja, pamiętam Pana z Polonii, zaczynałem grać w tym klubie, kiedy Pana nie było, teraz piszę wspomnienia o koszykówce w Polonii w latach 1956 do…, może moglibyśmy się spotkać, porozmawiać. Następna wymiana zdań już była bez pan. Umówiliśmy się na 23 listopada godz. 10.00 z zastrzeżeniem, że mam do dyspozycji tylko dwie godziny. Spotkanie przeciągnęło się do 18.30.

Było o koszykówce, o kolegach, sytuacjach na boisku i w życiu, o wczoraj i dziś,o emigracji. Jedynie tematy polityczne, które na ogół zabierają sporo czasu podczas spotkań towarzyskich i skłócają, były jak mucha, którą przepędza się ruchem ręki. W ciągu tych paru godzin wróciło to, co piękne, co stanowiło bardzo ważną część mojego życia, co budowało przyszłość – młodość i sport, który obok domu rodzinnego stanowił trwały i super ważny element. Po 60-ciu latach przeleciał film tamtych czasów, był zachmurzony niepamięcią dat, chronologią wydarzeń i niektórych nazwisk. Andrzej zrobił swoje. Zgodziłem się napisać wspomnienia z lat powojennych do roku 1954, kiedy zakończyłem koszykarską przygodę. Swoją wiedzę z języka polskiego podbudowywałem uczestnictwem w szkolnym kółku dramatycznym, które dawało dodatkowe punkty u pani z “polaka”. Listy prywatne, jeżeli musiałem je pisać wyglądały jak nieudolne sprawozdania z delegacji służbowych. Byłem, co prawda autorem skryptu dla studentów na Politechnice Warszawskiej, współautorem dwóch książek wydanych przez “Arkady”. Pisałem różne elaboraty techniczne, ale tam są proste i czytelne sformułowania oparte o wiedzę fachową autora. Natomiast zadanie, którego się podjąłem odbiega daleko od moich dotychczasowych doświadczeń. Proszę o wyrozumiałość.

Dzieciństwo dane mi było spędzić w domu w miarę zasobnym. Tata był wg dzisiejszej nomenklatury dyrektorem ds. finansowo-ekonomicznych dużej firmy PTA – “Polskie Towarzystwo Asfaltowe” specjalizującej się w budowie dróg i mostów. Mama od zawsze i do końca pracowała w dziale finansowym Wydziału Dróg i Mostów miasta stołecznego Warszawy, oraz Miejskim Przedsiębiorstwie Dróg i Mostów.

Mieszkaliśmy na Marszałkowskiej 33  (przy kościele Zbawiciela). Naukę rozpocząłem w Szkole Powszechnej nr 98 na ulicy Szucha. Od pierwszej klasy chodziłem z Witkiem Zagórskim, który już od najmłodszych lat był asem w grę w “dwa Ognie”. Ze szkoły pamiętam jeszcze późniejszego zagorzałego kibica Polonii Zdzisława Sięgę (znany spiker zawodów piłki nożnej i koszykówki Czarnych Koszul). Ze Zdzisławem podczas okupacji byliśmy w tym samym oddziale Szarych Szeregów – Żołnierzy podziemia.

Wybuch powstania 1 sierpnia 1944r zastał nas w domu. Trójkąt, w którym mieszkaliśmy znajdował się pomiędzy ul. Mokotowską, od pl. Zbawiciela do zbiegu ul. Polnej z Al. Piłsudskiego, dziś Trasą Łazienkowską, wzdłuż tej trasy do Marszałkowskiej i następnie Marszałkowską do pI. Zbawiciela. Był to trójkąt poza i między stronami walczącymi.

5 sierpnia w godzinach popołudniowych do naszego budynku wpadli esesmani i wyrzucili nas z domu na ulicę, równocześnie podpalając go. Na ulicy następowała segregacja mężczyzn na prawo i kobiet na wprost. Uznano mnie mimo moich 14 lat za mężczyznę i skierowano na prawo, za tatą wyrywając równocześnie z ręki smycz, na której miałem psa (seter irlandzki). Mama moja złapała mnie za lewą rękę i ciągnęła w przeciwnym kierunku wiedziona matczyną intuicją. Rozgrywało się to w oczach stojącego gestapowca w pełnej partyjnej gali, który jednym uderzeniem szpicruty w ramię ciągnącego mnie esesmana uratował mi życie, mówiąc” zabraliście mu psa oddajcie mu życie”. Wszyscy mężczyźni zostali pozbawieni życia strzałem w tył głowy. Mój ojciec też. Nas pogoniono na teren dzisiejszego Ministerstwa Oświaty na ul. Szucha, zajmowanego w całości przez gestapo. Tłum, który tam spędzono koczował aż do dzisiejszego placu Na Rozdrożu. Wybierano nas z tego kłębowiska ludzi, szczególnie wysokich i młodych jako żywą tarczę przed niemieckie czołgi  (było ich chyba 3 lub 4, które brały udział w akcji). W grupę wmieszali się esesmani z nałożonymi na hełmy damskimi kapeluszami, oraz narzuconymi na mundury damskimi futrami lub płaszczami. Kawalkada ta alejami Ujazdowskimi dotarła do ul. Chopina, żywa tarcza krzyczała: strzelajcie! Niech żyje Polska! Było to skierowane do żołnierzy AK broniących barykady przy ul. Pięknej. Niemcy oddali parę strzałów i cofnęli się z powrotem, na pl. Na Rozdrożu i przetrzymali nas do następnego dnia, a następnie przepędzili z powrotem ul. Litewską, Marszałkowską za barykadę przy pl. Zbawiciela. Tak rozpocząłem powstanie warszawskie tułając się po piwnicach domów, zgłaszając się do oddziałów powstańczych, ale bezskutecznie. Oczywiście przeżyć do opisania byłoby bardzo dużo. Wreszcie dopiąłem swego, brałem udział przy zdobywaniu Pasty przy ul. Pięknej, rola moja była niewielka, ale swoje zrobiłem. Sześćdziesiątego trzeciego dnia powstania po kapitulacji wyszliśmy z Warszawy przez barykadę przy Politechnice i przez Okęcie do Ursusa na teren fabryki traktorów. Tam zostałem zakwalifikowany na wyjazd do Niemiec.

W nocy dostałem 40 stopni temperatury – rozpoznanie szkarlatyna i znalazłem się poza obozem. Na szczęście wraz z matką dobrzy ludzie z Ursusa zaopiekowali się nami, aż do mojego wyzdrowienia. Następne etapy to: Częstochowa aż do wyzwolenia, Piotrków Trybunalski – szkoła im. Bolesława Chrobrego, potem Zalesie Dolne – szkoła im. Emilii Plater i wreszcie w 1947 roku znów Warszawa. W tej wędrówce spotkałem samych życzliwych ludzi, znakomite koleżanki i kolegów, otoczony przez nich wielką serdecznością.

W Warszawie zamieszkaliśmy na ul. Polnej 52, kilkadziesiąt metrów dalej była moja szkoła im. Hugo Kołłataja, wraz z Witkiem Zagórskim i Ryśkiem Żochowskim byliśmy w jednej klasie. Etap tułaczki został zakończony. Pozostała odbudowa ze zniszczeń i nauka. Przy szkole nie było sali gimnasty­cznej jak również boiska. Nauczycielem był Jan Ciszewski przedwojenny reprezentant Polski w piłce nożnej. Pracował również jako trener piłki nożnej C-klasowej drużyny w polskiej YMCA.

Zgłosiłem się na jego treningi, jak też do harcerskiego klubu sportowego do sekcji pływackiej. A po szkole od południa okupowaliśmy Agrykolę – tereny sportowe poniżej Skarpy Ujazdowskiej. Tam głównie spotykali się chłopcy z Batorego, Rejtana i Kołłataja, którzy później zaistnieli w koszykarskim warszawskim świecie.

Pewnego dnia Rysiek Żochowski przyniósł do szkoły piłkę do kosza, inną niż u nas się grało (skórzana), wyglądającą jak gumowa rodem z zachodu. Była skarbem. Pozwoliła nam poświęcić czas tylko koszykówce. Zmobilizowaliśmy klasę i innych kolegów ze szkoły, jak Stefan Majer, Jacek Milewski oraz z parku Agrykola późniejszy przyjaciel z Ymca i Polonii Bogusław Ochociński – dziś Bob Pater mieszkający w Kanadzie, otoczony kochającą rodziną i trojgiem wnucząt. W okresie jesienno – zimowym po szkole chodziliśmy na salę gimnastyczną w budynku “BOSU” na terenach pomiędzy parkiem Ujazdowskim a Agrykolą. Z ulicy Polnej szkołę przeniesiono do nowego budynku na ulicę Opaczewską, gdzie było boisko do piłki ręcznej i nowy nauczyciel WF, charyzmatyczny Mieczysław Kamiński: zawodnik, działacz, trener, sędzia, pracownik naukowy AWF, a przede wszystkim znakomity człowiek. Potrafił wprowadzić ducha sportowego i zorganizować życie sportowe w szkole. W Batorym był podobny człowiek; mgr. Paruszewski zwany “Parówą”, który zapisał się złotymi zgłoskami. Ale w koszykówce Kołataj był nie do pokonania. Jeszcze na Polnej we trzech z Witkiem i Ryśkiem wstąpiliśmy do polskiej YMCA do sekcji koszykówki i dołączyliśmy do znakomitych kolegów “YMCA-rzy”: Jana Dzierżki, Władka i Zygmunta Ślesickich, Iwa Dobruckiego, Andrzeja Gosiewskiego.

Trenerem był Wołodia Maleszewski. (Pamiętam krótki felietonik L. Tyrmanda na ostatniej stronie “Przekroju” – “Dzierzko Naprzód”). Była też grupa wspaniałych ludzi związanych z sekcją koszykówki (“Działem Chłopców” polskiej YMCA).

Niedługo potem dołączył do nas Bogusław Ochocimski. Zespół nasz był gronem przyjaciół, już wtedy posiadających wiernych kibiców.

Warunki w YMCA mieliśmy bardzo dobre. Sala do treningów i rozgrywania meczów, (przy ul. Konopnickiej) basen kryty 25 metrowy, który mieliśmy do dyspozycji po treningu, obozy letnie w ośrodkach położonych w górach i nad morzem. Było też gorące kakao i świetna koleżeńska atmosfera. Niestety w roku 1950 decyzją władz działalność YMCA została zakończona. Nastąpiła fuzja sekcji koszykówki polskiej YMCA z kolejarzem Warszawa (dawna Polonia). Dawne przedwojenne nazwy zasłużonych klubów sportowych jak Polonia, Legia, Wisła zastąpiono nazwami Kolejarz, CWKS i Gwardia podporządkowując odpowiednim pionom jak: Ministerstwo Komunikacji, Obrony Narodowej i Spraw Wewnętrznych. Również na mapie szkół zginęły nazwy ich znakomitych patronów jak Stefan Batory, Tadeusz Rejtan, Hugo Kołłataj. Obdarowano te szkoły rzymskimi cyframi.

W “Kolejarzu” spotkaliśmy się ze Sławkiem Złotkiewiczem, Staszkiem Nowakiem, Romkiem Zdanowskim, Jankiem Smolińskim, Henrykiem Jaźnickim, trenerem i grającym zawodnikiem w prestiżowych meczach. Trenerem już połączonych zespołów był Wołodia Maliszewski, Wilniuk, który na mistrzostwach Europy w Genewie został wybrany najlepszym obrońcą koszykarskim Europy.

W “Kolejarzu” atmosfera była również wspaniała jak w YMCA. Grono przyjaciół rozszerzone było o żeńską drużynę koszykówki i zespół siatkarzy. Nie za bardzo pamiętam, w którym momencie z drużyny odeszli Rysiek Żochowski do Legii, Iwo Dobrucki do AZS Warszawa. Pisząc o atmosferze w klubie nie sposób nie wymienić tego, co nas łączyło: prywatki, wspólne wyjazdy nad rzekę, za miasto, grupowe chodzenie na “groby” przed świętami wielkanocnymi, grywanie w brydża, oraz chodzenie na duże imprezy sportowe. Po prostu spędzaliśmy wspólnie czas wolny od treningu i nauki. Znamienne jest to, że nie tylko w naszym kolejarskim gronie, ale wielokrotnie rozszerzonym o koleżanki i kolegów z innych warszawskich klubów.

W klubie a szczególnie w sekcji koszykówki pełnili funkcje społeczne ludzie, którzy duszą, sercem i ciałem oddani byli sportowi i nam, nie żałowali ani czasu, ani grosza, którego nie mieli za dużo. Należeli do nich Władysław Malus – człowiek mrówka, Ludwik Kępiński i wielu innych.

Godne uwagi jest to, że poza sportem czuliśmy potrzebę kształcenia się, dopatrując się w tym naszej przyszłej życiowej stabilizacji. Ci, którzy mogli, wykorzystali ją w pełni. Pierwsi zrobili to Władek Ślesicki – szkoła filmowa [przyszły reżyser “W pustyni i w puszczy, obejrzanego przez przeszło 30 milionów widzów – red.], Janek Dzierżko – architektura, później Sławek Złotkiewicz, Romek Zdanowski, Bogdan Ochociński i ja – Politechnika Warszawska, oraz Witek Zagórski – AWF.

Kolejno do klubu zgłosili się: Wacek Komala ze Spójni Warszawa dobry i utalentowany zawodnik, przemiły kolega, który niestety nie był obdarzony koszykarskim wzrostem, Wicek Wawro z Krakowa, który rozpoczął studia na AWF. Było to poważne wzmocnienie drużyny, gracz dysponujący dobrym rzutem, refleksem i szybkością. Z Ostrowa Wielkopolskiego przyjechał na studia na akademii medycznej Edek Janczak i grał u nas i jako ostatni przed zakończeniem mojej kariery koszykarskiej, Jurek Steręga z Wałbrzycha. Graliśmy wtedy na dwóch środkowych.

Do wyżej wymienionych dołączyła grupa utalentowanej młodzieży – juniorów,
wśród których wyróżniał się Bogdan [Bogusław] Karbownicki. Chłopak ten wkładał całą energię i duszę w koszykówkę. Był skazany na sukces i go osiągnął. Zaistniał jako “Karbol”.

Graliśmy kolejno w klasie A, w II i I lidze. W sezonie 1953/1954 zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski. Był to ostatni rok mojej gry i przygody z koszykówką; rozpoczęta praca zaraz po studiach, rozpoczęcie następnych studiów, założenie rodziny i coraz większe obowiązki w klubie (wyczerpujący trening, wyjazdy na mecze, dodatkowe treningi) były nie do pogodzenia z codziennością życia. Musiałem wybrać. Była to ciężka decyzja, ponieważ sport odegrał w moim życiu bardzo dużą rolę i bardzo dużo jemu zawdzięczam.

Wielokrotnie potem spotkałem się z życzliwością i pomocą ludzi, których znałem z boiska lub, którzy, byli naszymi kibicami nie tylko w Warszawie, ale i w Polsce. Proszę o wybaczenie, że nie trzymam się dat chronologii i wyników, ponieważ jest to rola kronikarza, natomiast ja chcę się podzielić zaistniałymi sytuacjami wyrytymi wyraźnie w mojej pamięci.

Byliśmy drużyną nierówną, niestabilną, ale za to nie pozbawioną fantazji, która potrafiła być dla nas zgubna. Potrafiliśmy do przerwy prowadzić 20 punktami, żeby przegrać jednym. Zdarzało się i odwrotnie.

Mam przed sobą stos wyników z prasy z tych paru lat gry, ale niestety bez dat (nie przewidywałem, że kiedyś na ten temat napiszę). Strzelałem na meczu nawet dość często 18 punktów, ale również i 3 co świadczyło o niestabilności formy. Pamiętam doskonale mecz z CWKS-em na sali YMCA. Był to bardzo ważny mecz – tylko, o co? Setki kibiców, którzy nie mogli dostać się do środka. Podlatuje do mnie zdenerwowany Sławek Złotkiewicz: – Wiesiek musisz zatrzymać Leszka Kamińskiego z CWKS, możesz nie rzucić nic, ale on nie może rzucić tobie więcej jak 12 punktów. Od Ciebie zależy, czy go powstrzymamy. My z Witkiem Zagórskim zrobimy resztę. Mecz będzie nasz.

Głowę miałem rozpaloną i najchętniej uciekłbym do domu. Poleciałem do szatni, kubeł do mycia   podłóg   napełniłem  wodą  i   trzymałem  w   nim   głowę   do   granic wytrzymałości. Nie pomogło, wygląd mój był opłakany – nie miałem ręcznika. Stanąłem na przeciwko Leszka, na środku, wszyscy zamilkli. Wraz z rzuconą piłką przez sędziego do góry z balkonu nad koszem padł okrzyk: “Siwek, Polonia naprzód!” (Był to mój kolega z klasy Gienio Stroiński). Wrzawa, doping ustały długo po meczu. Leszek strzelił 17 punktów, ja 16 i założyłem mu koszykarską czapę. Wygraliśmy. Najciekawsze, że po latach pamiętam miejsca, z których strzeliłem kosze w tym meczu. Po meczu sędzia spotkania Czesław Czmoch podszedł do mnie i mówi: “Wiesiek masz kadrę”. Nie miałem.

Innym razem jedziemy  na  mecz   do Krakowa  z  Wisłą.   Zima,   mróz   okrutny,   wagon nieogrzewany. Siedzimy w kucki na siedzeniach w I klasie. Rano rozruch na sali “Wawela” przy Plantach, wieczorem mecz. Podchodzę do Wołodii i mówię “Panie trenerze mam dreszcze nie mogę grać”. Strach cię obleciał, nie zawracaj głowy padła odpowiedź. Rozpoczął się mecz. Wychodzę w pierwszej piątce, dwa razy przelatuję boisko, ogarnia mnie ciemność. Szatnia, temperatura 40 stopni. To jest sobota.
W środę jestem normalnie na treningu. Mecz w Toruniu. Na sali klepisko, kibice na linii boiska, atmosfera wojny, w pierwszych   10   minutach   gry  zostałem  przez  parę   sędziowską  z  Łodzi Przygodzki – Raczyński   wygwizdany   za   cztery   przewinienia   osobiste. Niesprawiedliwie. Mecz przegrany.
Po paru tygodniach gramy z Wisłą w sali AWF na Bielanach. Jest parę sekund do końca meczu i Wisła prowadzi 1 punktem. Wiślacy zbierają z kosza po niecelnym naszym rzucie i Wężyk spokojnie kozłuje środkiem boiska.   Atakuję   go   rozpaczliwie,   a   sędzia odgwizduje faul, odwracam się, bo wiem, że to po meczu. Sędzia wskazuje na Wężyka i pokazuje, że pracował łokciem. Ja rzucam osobisty. Jest. Jest remis. Dogrywka. Wygrywamy, sędziowała   znów   para   z   Łodzi   Przygodzki – Raczyński. Czyżby sumienie ich gryzło?

Gramy w Ostrowie Wielkopolskim nie wiem czy nie najbardziej gorącym boisku w Polsce. Tam wygrać było prawdziwą sztuką. Przegrywamy. W najgorszych nastrojach po meczu i kolacji wracamy na bocznicę kolejową, gdzie stał nasz wagon. W jednym z przedziałów trener, Sławek i Witek analizują mecz, w innym Zygmunt Śiesicki, Roman Zdanowski, Wicek Wawro i ja gramy w pokera. Oczywiście na drobne pieniądze, i tylko nazwa gry wskazuje, że to hazard. Po chwili otwierają się drzwi i poczuliśmy, że znajdujemy się w środku cyklonu. Dowiedzieliśmy się, jaką mamy moralność, jak nam zależy na koszykówce, a większość słów nie nadaje się do powtórzenia. To był Wołodia. Z trzaskiem zamknął drzwi. Zaczęliśmy się zastanawiać, co mamy robić? Zakończyć czy kontynuować grę, i wtedy otwierają się ponownie drzwi, i Wołodia mówi – Wiesiek rozdaj na pięciu. Takim człowiekiem był trener Maleszewski, którego darzyliśmy wielką sympatią, sprawiedliwy i świetny fachowiec.

Filarami naszej drużyny byli Sławek i Witek. Sławek był bardzo uporządkowany, traktujący wszystko bardzo poważnie: naukę, pracę i sport. Nie uznawał półśrodków. Odszedł zbyt wcześnie. Mógł w życiu osiągnąć bardzo dużo. Witek był wyjątkowo wysportowany, pedantyczny, na boisku uporządkowany i podporządkowany taktyce drużyny, potrafiący zaszczepić ducha walki, przyjacielski- kapitan drużyny.

Przez te parę lat przebytych na boisku, oczywiście byłem wielokrotnie ukarany za przewinienia osobiste, nieuniknione w czasie gry, nie były one poważnymi wykroczeniami poza jednym, za które po latach jest mi wstyd. W meczu z Wisłą w Krakowie wykonaliśmy nieudany atak na kosz przeciwników. Piłka zebrana przez obronę Wisły dostała się do rąk Tadka Pacuły, który kozłował na nasz kosz. W pościg rzuciłem się ja i kiedy był w wyskoku pchnąłem go w okolicach krzyża. Tracąc równowagę uderzył piłką w tablicę z całej siły, kosza nie było, rzuty wolne – nie strzelił. To był wyjątkowo perfidny faul. Myślałem, że zostanę zlinczowany przez widzów, wytrwałem do końca meczu. To były migawki, których po tylu latach można by było napisać mnóstwo o sobie i innych.

Wielokrotnie pytano mnie w minionym okresie, jaka jest różnica między uprawianą wówczas koszykówką a teraz, i co mi dało jej uprawianie? Odpowiadając w skrócie:

– Przepisy zmienione w nie zasadniczym stopniu, zwiększyły widowiskowość gry. Taktyka różni się – różnorodnością zagrań. Natomiast w zasadniczy sposób podniosła się średnia wzrostu koszykarzy – myślę, że co najmniej o dwadzieścia parę centymetrów, wydajność organizmu, skoczność, wytrenowanie szczególnie rzutu, szybkości i elastyczności. Gra stała się bardziej perfekcyjna i stała się miejscem ciężkiej pracy. No i obuwie, dziś zabezpieczające stawy skokowe, amortyzujące spadanie na twardy parkiet- myśmy grali niestety bez mała w pepegach.

Co dało mi uprawianie koszykówki:

– W momentach złego humoru odpowiadam: poważne dolegliwości kolan i kręgosłupa, ale tak na prawdę to bardzo dużo: praca w zespole, traktowanie ludzi nie jako zbiorowisko, ale indywidualnie wg. ich umiejętności i możliwości, refleks, ambicje.

Czy to przyniosło sukces? Myślę że tak, że pracą i wiedzą doszedłem do stanowisk dyrektora Biura Projektów (około 300 pracowników), naczelnego dyrektora Zjednoczenia Przemysłu Cukierniczego (Wedel, Goplana, Wawel i inne   –   55   fabryk,   24000   zatrudnionych),   wykładowcy   na   Politechnice Warszawskiej. Myślę, że mogę chodzić z podniesioną głową.

Piszę to z myślą o młodych ludziach, którzy zaczynają sportowe życie. Warto sport uprawiać, warto się uczyć i być sobą. A życzyć im mogę, żeby powiedzenie “Nigdzie na świecie to znaczy w Polsce”, które przewijało się prawie przez całe życie mojego pokolenia mogli i chcieli zamienić na “lepsze jest wrogiem dobrego”.

Grudzień 2006r